Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przeczytane. Pokaż wszystkie posty

18.12.15

O KOMIKSIE "THOR. WIKINGOWIE" GRZECZNIE SŁÓW KILKA

Od pewnego czasu dość często sięgam po komiksy, które jeszcze rok temu były mi całkiem obce jako forma rozrywki. Kiedy kilka z tych tak zwanych lepszych wpadło mi przypadkiem w ręce, nabrałem ochoty na więcej. DC Comics, Marvel - od tego zacząłem. Bo znam kilku zapaleńców, którzy mi polecili, bo obejrzałem kilka filmów. Bo - no jakże by inaczej - taki Batman czy Superman czy Spiderman jako superbohaterowie byli ze mną - głównie za sprawą kreskówek - od dawna.

"Thor, Wikingowie" to komiks, po którego sięgnąłem po seansie najnowszej produkcji filmowej spod znaku Marvela, mianowicie po AVENGERS. ERZE ULTRONA. Sam superbohater oczywiście nie był mi obcy, ale komiksy o nim nigdy nie wpadały mi w ręce. Ale wreszcie postanowiłem zapoznać się z przygodami Thora, a WIKINGOWIE wydały mi się najlepszą propozycją z dostępnych - ze względu na tematykę.

Garth Ennis i Glenn Fabry stworzyli historię, w której superbohater zmuszony jest stawić czoła Wikingom... choć nie do końca mamy tu do czynienia z prawdziwymi Wikingami. Raczej z demonami, potworami, które za sprawą rzuconej tysiąc lat wcześniej klątwy pojawiły się w naszych czasach. Rzecz jasna natychmiast bestie zaczynają siać terror. Giną ludzie, budynki walą się w gruzy, a sam Thor dostaje lanie od przywódcy bandy demonów.

Thor, wiedząc, że nie da sobie rady sam w walce z Wikingami, postanawia sprowadzić do współczesnego świata słynnych i wspaniałych wojowników sprzed setek lat. Wspólnymi siłami stają do walki z upiornymi Wikingami...

Ten komiks charakteryzuje się kilkoma elementami. Po pierwsze, pomysł. Prosty, ale jakże ciekawy i ładnie ujęty. Po drugie, zarówno scenariusz, jak i rysunki stoją tu na bardzo wysokim poziomie. Opowieść wciąga od pierwszych stron. I jest tak de facto opowieścią grozy, która momentami - głównie za sprawą rysunków - jest autentycznie straszna.

Nie sposób nie polecić. Rzecz idealna by zacząć przygodę z tym superbohaterem, ale i na pewno zyska sympatyków tych, którzy Thora znają z niejednej opowieści. 

"Thor. Wikingowie" - Wydawnictwo Mucha Comics. 

8.9.11

O "SUKKUBIE" EDWARDA LEE

W przypadku powieści SUKKUB Edwarda Lee mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem. Zarówno od strony językowej, jak i fabularnej horror ten jest wart uwagi. Rzadko zdarza mi się zgadzać z treścią blurbów na okładkach książek, ale to, co napisał Jack Ketchum o dziele Lee idealnie odzwierciedla moje odczucia po lekturze SUKKUBA. Bowiem pisarstwo Edwrada Lee rzeczywiście jest jak piła mechaniczna na pełnych obrotach. Jeśli podejdziesz zbyt blisko, urżnie ci nogi.

Główną bohaterką powieści jest Ann Slavik – prawniczka, która właśnie dostała awans i zasiadła w zarządzie dużej firmy. Mieszka w pięknym domu wraz ze swoim chłopakiem Martinem i siedemnastoletnią córką Melanie. Jej życie jednak zdaje się dalekie do perfekcji. Nie jest pewna, czy powinna przyjąć oświadczyny Martina, zaś relacje z córką wymagają gruntownej zmiany. Ann nie potrafi podołać roli matki, nieustannie krytykując Melanie za sposob ubierania się czy dobór przyjaciół, którzy w oczach bohaterki są zdegenerowani, bo słuchają punka. Ann jednak podejmuje próbę naprawienia swojego życia. Bierze tydzień urlopu, zamierzając spędzić go wraz z Martinem i Melanie w Paryżu. Lecz na kilka dni przed wyjazdem dowiaduje się, że jej ojciec miał wylew.

Jej rodzina pochodzi z małego miasteczka o nazwie Lockwood. Jest to z pozoru cicha mieścina, ale jak się wkrótce okazuje, kryje w sobie tajemnice sięgające zamierzchłych czasów. Ann wraz z Martinem i Melanie wyruszają w podróż do Lockwood, by odwiedzić konającego ojca. Gdy docierają na miejsce, rozpoczyna się horror. Nic w tym miasteczku nie wydaje się normalne. Ani nikt...

Wszystko, co dzieje się w Lockwood, napawa grozą i niepewnością. Zachowania mieszkańców, tajemne rytuały, atmosfera, to wszystko czyni SUKKUBA powieścią wyborną. Edwardowi Lee udało się popełnić powieść na miarę najlepszych kawałków gatunku. Fani mocnych wrażeń zostaną zaskoczeni, gdyż Lee nie stroni od brutalności i wyuzdanych scen seksu. Nie jest to jednak bezsensowne rzucanie mięsem czy nieuzasadnione przelewanie krwi (tudzież spermy, moczu i ekstrementów). W SUKKUBIE każde zdanie ma sens i prowadzi do zaskakującego finału.

Szereg postaci występujących w powieści dodaje historii słodkogorzkiego posmaku. Dwaj zbiegli z domu wariatów mężczyźni niejednego zdegustują i rozbawią. Jeden z nich jest wyjątkowo zboczony i szurnięty, czego da dowód niejednokrotnie; ten drugi, nieprzeciętnie inteligentny, ma do spełnienia misję. Rodzice głównej bohaterki również nie są postaciami przypadkowymi – w tej książce chyba nie ma takowych, dlatego tym większe zaskoczenie ogarnia po lekturze. Okazuje się, że w SUKKUBIE nic nie było dziełem przypadku.

Moje ukłony w stronę prozy Edwarda Lee. SUKKUB to najlepszy horror, jaki czytałem w ostatnich latach.

31.8.11

O "OSTATNIEJ NOCY JEJ ŻYCIA" MAUREEN JENNINGS

W ostatnim czasie przeczytałem wiele złych i bardzo złych książek. Trafiały się też lepsze, a nawet dobre. Ale to o bardzo dobrych lubię pisać, bo ma to największy sens. Po pierwsze, od razu człowiek ma ochotę podzielić się wrażeniami po lekturze przyzwoitej prozy, a po drugie, może ci, którzy recenzję przeczytają, po pozycję sięgną, a o to właśnie chodzi – by zarażać entuzjazmem! A przynajmniej taką mam nadzieję w tym przypadku. Bo słów kilka padnie o OSTATENIEJ NOCY JEJ ŻYCIA autorstwa Maureen Jennings, pierwszym tomie cyklu DETEKTYW MURDOCH.

Lubię klimat kryminałów, których akcja rozgrywa się w dziewiętnastym wieku, a Maureen Jennings, jak mało kto, ów klimat potrafi oddać. Zarówno pomysły, jak i pióro ma doskonałe. Postać detektywa Murdocha nie jest chyba nikomu obca, głównie za sprawą popularnego serialu telewizyjnego o młodym detektywie z Toronto. A książka... Książka to inna bajka. Lepsza jakość odbioru.

Co fajne, autorka nie od razu w swej powieści przedstawia Murdocha w pełnej krasie. Woli, by czytelnik poznawał go stopniowo, w trakcie odkrywania fabuły. Tytułowa postać to policjant marzący o awansie, skrupulatny i inteligentny. Boryka się z rozmaitymi problemami, w tym także leczy rany po stracie ukochanej kobiety. Kiedy dowiaduje się o śmierci młodej kobiety, która najprawdopodobniej została odurzona narkotykami, a potem uduszona, wszczyna śledztwo. Gnębi go wiele pytań w związku z tą sprawą. Zamierza dowiedzieć się nie tylko, kto zabił, ale i dlaczego pozbawił ofiarę ubrania. Wspomnieć tu należy, że w Toronto szaleje zima, a ciało porzucono na ulicy.

Krok po kroku, Murdoch odkrywa kolejne elementy układanki, zaznajamiając nas ze swoimi metodami pracy, sposobem wyciągania informacji od potencjalnych świadków, a wreszcie ze swoimi odczuciami, prywatnym życiem i potrzebami. Spodobało mi się to, w jaki sposób autorka wykreowała bohaterów drugoplanowych i z jakim wyczuciem oddała atmosferę miejsca akcji. Odnosiłem wrażenie, jakbym tam był, z tymi wszystkimi ludźmi, w innym czasie, jakby w świecie alternatywnym.

OSTATNIA NOC JEJ ŻYCIA to klasyczny kryminał, idealny na deszczowe wieczory. Do tej pory, biorąc pod uwagę tego typu klasykę, oddawałem się bez reszty genialnemu POIROTOWI Agathy Christie. Teraz do POIROTA dołączył DETEKTYW MURDOCH. Z przyjemnością sięgnę po drugi tom jego przygód. A niniejszy polecam.

28.7.11

O "POTSDAMER PLATZ" BUDDY'EGO GIOVINAZZO

POTSDAMER PLATZ Buddy'ego Giovinazzo to kryminał, ale pod tą informacją kryje się coś więcej niż tylko trup, niesforny policjant i intryga. Ta książka miażdży przede wszystkim stylistyką i dialogami, idzie o krok przed klasycznymi pozycjami tego typu. Jestem krótko po lekturze i na bazie pierwszego wrażenia mogę rzec krótko: nie wypada tego nie przeczytać.

Nowojorska rodzina mafijna chce zdobyć wpływy w Niemczech, co jest równoznaczne z wypowiedzeniem wojny największemu konkurentowi – mafii rosyjskiej. Główny bohater Tony, najmłodszy zabójca w historii rodziny będzie musiał podjąć szereg decyzji, które odcisną wielki wpływ na jego przyszłości. Facet ma cięty język, nie boi się używać broni, ba, czyni to z takim rozmachem, że wszyscy dookoła niego darzą go nie tylko szacunkiem, ale srają na jego widok w portki. Z pozoru nieśmiały dwudziestolatek ma na koncie udział w akcjach, których pozazdrościłby mu sam Al Capone.

Siłą napędzająca akcję tej powieści są motywy wspomnianej już rodziny mafijnej, ale najbardziej urokliwym elementem utworu jest język, jakim została napisana, stylistyka, kreacja dialogów. Wystarczy przytoczyć jeden z tysiąca fragmentów, po których szczęka opaść może po same kolana:

- Czysta niewinność. Jak różany pąk. Otoczony jednak przez szaleństwo i zdeprawowanie. W tej młodejd ziewczynie na granicy seksualnej dewastacji jest jakiś wysublimowany majestat. Jak sądzisz?
- A ty kto? Jebany poeta?
- Nie. Pedofil.

Tego typu fragmenty, nawet wyrwane z kontekstu, stanowią o sile powieści. POTSDAMER PLATZ to rzecz mocna, niekiedy wulgarna, nierzadko szokująca. I do tego inteligentna, za co autorowi należą się szczególnie głośne brawa. Giovinazzo ukazuje mafię w najdrobnieszym szczególe, pokazuje jej organizm i serce, język i duszę. Nie stroni od przemocy, ale ta, o dziwo, nie wywołuje mdłości. Autor wie, kiedy rzec STOP, hamuje, po czym rozpędza kryminalną machinę, aż ta jest na skraju eksplozji. Po czym puszcza do czytelnika oko i zdaje się pytać:
Jeszcze tu jesteście?

POTSDAMER PLATZ to też świetnie ukazany Berlin z czasów tuż po upadku muru. To miasto, które przechodzi spektakularne zmiany, ale z drugiej strony będące doskonałym miejscem dla przestępczości zorganizowanej. Jedynym minusem opowieści jest kilka dłużyzn, jakby na siłę maglowanych wątków pobocznych, ale nie psują one radości czytania.

Szykuje się film na podstawie POTSDAMER PLATZ w reżyserii Tony'ego Scotta. Rolę głównego bohatera ma zagrać Mickey Rourke. Czekam zatem. A książkę bardzo Wam polecam.

19.6.11

O "NIE MÓWCIE O MNIE ZA DUŻO" OLIVIERA I PATRICKA DE FUNESÓW

Filmy z Luisem de Funsem poznałem dzięki mojemu tacie, który swego czasu nałogowo oglądał wszystko, w czym wystąpił ten słynny komik. Cykl z żandarmem był chyba najczęściej puszczanymi filmami w moim domu. Podobnie „Kapuśniaczek”, „Skrzydełko czy nóżka” czy „Zawieszeni na drzewie”. De Funes zawsze miał palmę pierwszeństwa, był nawet ważniejszy od Kargula i Pawlaka! Mój tato miał taśmy z wszystkimi filmami z de Funesem i mordował nimi każdego gościa, który do nas zawitał.

De Funes bawił mnie wiele lat temu i bawi mnie nadal, choć każdy film, w jakim wystąpił znam niemal na pamięć. Ten jego uśmieszek, twarde spojrzenie głęboko osadzonych oczu, gesty i mimika – Luis de Funes miał to opracowane do perfekcji.

Bo był perfekcjonistą, o czym między innym piszą jego dwaj synowie, Patrick i Olivier de Funesowie, w książce „Nie mówcie o mnie za dużo”, w całości poświęconej jednemu z najświetniejszych komików wszechczasów.

Obaj panowie opisują poszczególne etapy życia de Funesa, nie stroniąc od ciekawostek, których nie sposób znaleźć w Internecie. Olivier wystąpił na scenie u boku swego sławnego ojca sześciokrotnie, dzięki czemu poznał go także jako wielkiego aktora na scenie. A tam de Funes był kimś zupełnie innym, niż w życiu codziennym. Prywatnie co prawda miał wspaniałe poczucie humoru, co podkreślają jego synowie, ale poza tym bardzo stronił od ludzi, w restauracjach, jeśli już się tam wybierał, siadał w najbardziej oddalonych miejscach, na ulicy zawsze miał na sobie ciemne okulary i czapkę, a kontakt lubił utrzymywać jedynie z rodziną i najlepszymi przyjaciółmi, których znowu nie miał aż tak wielu.

Często mawia się, że de Funes był skąpcem. Jego synowie temu zaprzeczają, z miejsca opisując kilka sytuacji, które każą sądzić, że był wręcz rozrzutnikiem! Nie był też podobno zgredem, a już na pewno nie był zgredem w swoim własnym domu. Niekiedy ludzie, którzy zaczepiali go na ulicy mogli w ten sposób myśleć, gdyż peszyło go bycie celebrytą. O ile na deskach teatru czy na planie filmowym szybko wyzbył się stresu, tak przed kamerami i otoczony fanami czuł zdenerwowanie i suchość w ustach. Nie zawsze potrafił być wtedy miły.

Olivier i Patrick de Funesowie dzielą się z czytelnikiem wieloma zabawnymi opowiastkami z udziałem ich samych oraz ich sławnego ojca, a także opowiadają o jego bardziej prywatnym życiu. Poznacie tego aktora od strony, z której na pewno go nie znaliście. Pochodzicie po zamku w Clermont, ogromnej posiadłości de Funesa, którą do dziś zamieszkuje jego małżonka. Spotkacie prywatnego kierowcę i ochroniarza aktora, faceta o groźnym wyrazie twarzy, barczystego i z bliznami na twarzy, na widok którego ludzie dosłownie uciekali, a który spędził kawał życia w więzieniu (de Funes bardzo się z nim zaprzyjaźnił). Dowiecie się ponadto co przyczyniło się do pogorszenia stanu zdrowia aktora, a także jak wielu, de facto, miał fanów i w jaki sposób wykorzystywał swoją popularność dla własnych celów.

De Funes nie był w życiu prywatnym tak barwną postacią, jak bohaterowie, w których się wcielał. Książka „Nie mówcie o mnie za dużo” dosadnie to podkreśla.

Co prawda po tej pozycji spodziewałem się więcej (wydaje mi się, że mogłaby być znacznie obszerniejsza, wzbogacona o całą masę informacji dotyczących aktora ), to jednak nie można odmówić jej swoistej magii. Ta magia to niekoniecznie sprawka pióra synów Luisa de Funesa, ale faktu, że rzecz traktuje o wielkim człowieku, którego wspaniała twórczość wciąż żyje i żyć będzie zapewne długo.

26.4.11

RECENZJA "PUSTKOWI" BLAKE`A CROUCHA

Święta, święta i po świętach... Po drodze w rodzinne strony mojej żony przeczytałem PUSTKOWIA Blake`a Croucha. Jest to najnowszy thriller z serii wydawnictwa Replika, a jego autor po raz pierwszy daje o sobie znać na rodzimym rynku. I udany to debiut, aby nie powiedzieć, bardzo. Już na samym wstępie spodobał mi się bohater, który jest poczytnym pisarzem. Andrew Thomas rozstał się niedawno z miłością swego życia i sam zamieszkuje wielki dom nad brzegiem jeziora. Stroni od tłumów i ma niewielu przyjaciół – jednymi osobami w jego otoczeniu są: gadatliwa agentka literacka oraz troszczący się o niego jak matka sąsiad.

Facet przygotowuje się do promocji swego najnowszego thrillera, gdy coś narusza jego pracę w sposób co najmniej szokujący. Pisarz otrzymuje list, w którym zawarta jest informacja, że nieopodal j e g o domu została zakopana kobieta, zamordowana j e g o nożem i splamiona j e g o krwią. Thomas początkowo sądzi, że to żart, szybko jednak okazuje się, że trup istotnie spoczywa niedaleko jego posiadłości, a psychopatyczny zabójca jest realny, w dodatku wciąga naszego bohatera w okropną, nieuczciwą grę.

Największym atutem PUSTKOWI jest tempo akcji. Niekiedy zdarza się, że zbyt szybka próba ukazania czytelnikowi tego, kto, co, gdzie i kiedy, prowadzi do spalenia pointy, czy też odkrycia pewnych elementów fabuły zbyt szybko. Crouch poradził sobie z tym świetnie, nieźle mnie zaskakując. W pierwszych paru rozdziałach odkrywa bardzo dużo, aż można sobie pomyśleć, że historia nie ma prawa ciągnąć się dalej, że to tylko opowiadanie, które za moment skończy się i rozpocznie kolejna historia. PUSTKOWIA jednak trwają dalej i ani na chwilę nie stają się nudne ani przekombinowane. Crouch dokładnie przemyślał historię, zanim zaczął ją opowiadać. Dynamika potęguje pozytywne wrażenia, podobnie jak kreacja bohaterów i sceneria. Język również jest przystępny. Zdania są raczej krótkie, narracja dość rwana, ale są momenty bardziej łagodne, delikatnie spowalniające, dzięki czemu czytelnik może się zastanowić nad tym, co się przed chwilą wydarzyło.

A dzieje się sporo.
PUSTKOWIA to niezły sposób na zagospodarowanie kilku godzin jazdy pociągiem.

20.3.11

O "CZERWONYM KOŚCIELE" SCOTTA NICHOLSONA

Scott Nicholson napisał kilka powieści oraz zbiorów opowiadań, ale w Polsce do niedawna znany był jedynie „ze słyszenia”. „Czerwony kościół” jest jego pierwszą książką, która za sprawą Repliki całkiem niedawno ukazała się w kraju nad Wisłą. Co należy podkreślić: bardzo przyzwoitą książką. Prozy Nicholsona nie chciałbym porównywać do dzieł innych twórców, gdyż musiałbym wymienić wiele nazwisk, a nie o to przecież chodzi.

Fabuła pokrótce przedstawia się następująco: w małym, otoczonym lasami miasteczku Whispering Pines dochodzi do niezwykle brutalnych mordów. Ofiary są pokiereszowane jakby coś dosłownie je poszatkowało. Miejscowa policja podejrzewa, że w okolicy czai się puma, choć podobno koty te od lat nie zamieszkują tamtejszych terenów. Poza tym u ofiar brakuje… penisów. Zagadkę usiłują rozwiązać szeryf Littlefield oraz detektyw Sheila.

Tytułowy czerwony kościół to budowla, stojąca na lekkim wzniesieniu, w okolicach rzeki, zarysowana tak mrocznie, że gdy nasi bohaterowie znajdują się w jego pobliżu, wraz z nimi odczuwamy niepokój, związany z ciemną tajemnicą gmachu. Kościół przez długi czas stał opuszczony, ale znalazł się ktoś, kto go kupił i postanowił „ożywić” działającą wiele lat temu sektę głoszącą istnienie Drugiego Syna Bożego. Tym kimś jest Archer McFall, potomek Wendella McFalla, kaznodziei, który niegdyś dowodził sektą.

Klimat to chyba największy atut tej powieści (mroczny, duszący, namacalny), dzięki któremu nawet gdy za oknem świeci słońce, odnosimy wrażenie, jakby lał deszcz, wiał wiatr i trzaskały pioruny. Fabuła jest przemyślana, choć początkowo może nam się wydać, że motyw „nawiedzonego” kościoła był już wykorzystywany tyle razy, że książka nie zaskoczy. A jest wręcz przeciwnie. Nicholson wszedł w konwencję po mistrzowsku i popełnił powieść mocną, nastrojową, w dodatku z dużą dbałością o psychologię bohaterów i dynamikę. Przez cały czas podczas lektury odnosi się wrażenie, że krwiożercza bestia za moment dosłownie wyskoczy z kart książki. Choć długo jej nie widać, jest wszechobecna. I głodna.

Coś zamieszkuje jedną z wież kościoła. I zabija. Z okrutną brutalnością.
To coś wyczuwa krew. To coś ze skrzydłami, pazurami i wątrobami zamiast oczu…

„Czerwony kościół” to świetny, wciągający horror, szkoda, że jedyny Scotta Nicholsona na naszym rynku. Po kolejne sięgnąłbym bez zastanowienia. Facet pisze znakomicie.

8.3.11

O "ZŁODZIEJU DUSZ" GRAHAMA MASTERTONA NA OFICJALNYM BLOGU PISARZA

Graham Masterton powiedział kiedyś, że postać Jima Rooka posiada cechy charakteru, którymi on sam się wyróżnia. Luzackie podejście do życia, poczucie humoru, zamiłowanie do literatury, otwartość wobec ludzi i otaczającego świata – to tylko niektóre te cechy. Cechy, którymi Rook epatuje od pierwszej części cyklu „Rook” aż po część… szóstą, czyli „Ciemnię”. Inaczej sprawa ma się z najnowszą powieścią ze wspomnianej serii: „Złodziejem dusz”, która właśnie ujrzała światło dzienne za sprawą wydawnictwa Albatros. W tejże części bohater jest inny, co natychmiast rzuca się w oczy i stanowi nie lada zagwostkę. Dlaczego Rook się zmienił i w jaki sposób? I czy Masterton wciąż tworzy tego bohatera na swoje podobieństwo? Ot, pytania! Na ostatnie, niestety, nie znam odpowiedzi, ale nad dwoma poprzednimi można otwarcie podyskutować.

Tryskający humorem, przesympatyczny nauczyciel języka angielskiego w szkole dla dzieci z lekka zacofanych społecznie w „Złodzieju dusz” ani nie tryska humorem ani nie jest zbytnio sympatyczny, a już na pewno nie okazuje „dobrego serca” uczniom w swojej klasie. Co zadziwia, jest opryskliwy, nierzadko chamski i kompletnie umęczony swoją robotą. To pierwsza rzecz, na jaką zwróciłem uwagę w tej skądinąd przyzwoitej książce. Zadziwiające jest to, w jaki sposób Rook zwraca się do swoich uczniów oraz jaką postawę przyjmuje wobec posady nauczyciela. Krótko mówiąc: zdaje się mieć to wszystko w pompce. Jeszcze w „Ciemni” jawił się jako zupełnie inny facet. Teraz coś go wyraźnie gnębi i choć w powieści tak naprawdę nie rysuje się konkretna odpowiedź, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy, wiemy przecież, że kolejne części serii już powstają i pozostaje czekać na „wyjaśnienia”. Masterton zastosował swego rodzaju trik? Puścił oczko do czytelnika? Miejmy nadzieję, bo takie, a nie inne zachowanie Rooka jest co najmniej zastanawiające.

Reszta
TUTAJ

13.10.10

O "REGULE DZIEWIĄTEK" TERRY'EGO GOODKINDA

Od czasu do czasu natrafiam w sieci na recenzje „Miecza prawdy” Terry’ego Goodkinda, słyszałem też o fanklubie tej serii, ale nigdy nie sięgnąłem po żadną z książek pisarza. Nie przepadam za cyklami fantasy, choć nie wiem nawet czy „Miecz prawdy” to typowe fantasy. Jedno jest pewne – okładki pozycji z tej serii kompletnie do mnie nie przemawiają.

Gdy wpadła mi w ręce „Reguła dziewiątek”, targnęły mną mieszane uczucia, ale jako, że skądinąd ceniony przeze mnie wydawca, obiecuje zaskakujące zwroty akcji, pościgi, zamachy i inne elementy, mogące kojarzyć się z thrillerem czy sensacją, pomyślałem, że może warto poznać prozę Goodkinda.

Ta książka jest pierwszą częścią nowego cyklu pisarza i zarazem tytułem, który dostarczył mi całkiem sporej dawki dobrej zabawy. Bohaterem „Reguły dziewiątek” jest dwudziestosiedmioletni mężczyzna, Alex Rahl, z natury introwertyk, nie do końca spełniony malarz, mający jednak na koncie kilka intrygujących obrazów. Mieszka na przedmieściach i prowadzi raczej mało interesujący dla postronnych żywot. Regularnie spotyka się jedynie z dwiema osobami: nieco ekscentrycznym dziadkiem i przebywającą w zakładzie psychiatrycznym matką, która czasami nawet go nie poznaje. Alex ma też dziewczynę, ale szybko z nią zrywa. Ta jednak nie odpuszcza mu tak łatwo…

Podobnie jak nie odpuszcza mu dwóch zbirów, usiłujących rozjechać ciężarówką jego i pewną śliczną młodą dziewczynę, której ostatecznie Alex ratuje życie.

Intrygi zaczynają się mnożyć a klimat gęstnieje. Nowopoznana dziewczyna – Jax – pochodzi z miejsca, o którym Alex nigdy nie słyszał i całkiem nieźle posługuje się magią. Szkopuł w tym, że w świecie Alexa jej umiejętności są praktycznie bezużyteczne. A to znacznie utrudnia jej działania. Gdy Rahl dowiaduje się, że jego misją jest ocalenie świata Jax, a także wypełnienie pewnego proroctwa, jego życie przestaje kojarzyć się z żywotem stroniącego od ludzi malarza.

„Reguła dziewiątek” to powieść, w której cały czas „coś się dzieje”. Goodkind przekonał mnie do siebie pod kilkoma względami. Przede wszystkim polubiłem jego bohaterów, bo są elastyczni i naprawdę widoczni. Kolejnym plusem są porządnie skonstruowane scenerie. Poza tym autor ma wyobraźnię, której wielu doświadczonych pisarzy mogłoby mu pozazdrościć. Opisy w „Regule dziewiątek” nie imponują może złożonością, ale sugestywnością i klarownością już tak. Goodkind nie używa zbędnych słów. Opowiada prosto i bardzo wiarygodnie, przez co utożsamienie się z bohaterem nie powinno sprawić czytelnikowi większego kłopotu.

To przyzwoita książka, dzięki której otworzyłem się na kolejnego autora, a biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio mam łeb jak sklep, to nie lada wyczyn.

21.9.10

O "KONKLAWE" FABRIZIO BATTISTELLEGO

Fabrizio Battistelli nie jestem pisarzem, którego nazwisko kojarzy się z dobrą beletrystyką, gdyż jeśli chodzi o pole literackie znany jest głównie z książek z dziedziny socjologii wojskowości i administracji, sam zaś jest profesorem socjologii na Uniwersytecie Rzymskim La Sapienza. Z tym większą ciekawością można przyjąć do wiadomości fakt, że Battistelli spróbował swych sił jako autor prozy lżejszej, a konkretnie kryminalnej.

„Konklawe” to historia bardziej dynamiczna niż niejeden kryminalny klasyk. Trudno mi orzec jakie elementy powieści czynią ją tak bardzo atrakcyjną dla czytelniczego oka. Z pozoru bowiem nie jest ona bardzo skomplikowana i zawiera wiele klasycznych, znanych od dawna chwytów.

Gdy Riziero zostaje wezwany przez swego brata Oliviera do Rzymu, rozkwitają pąki intryg, młodzieńczych uniesień i szaleńczej przygody. A wszystko zaczyna się od śmierci papieża Klemensa XII. Zostaje zwołane konklawe, a niedługo potem ginie bezpośredni przełożony Riziero, niejaki Van Goetz. Nasz bohater rozpoczyna śledztwo na własną rękę, narażając się między innymi policji, a także cwanym organizatorom pewnego spisku.

W tym momencie akcja pędzi już na łeb na szyję. Riziero zatrudnia nowego sługę, z którym wyrusza w podróż. Niejedną, jak się wkrótce okazuje. Będąc w ciągłych rozjazdach, poznaje nowych ludzi, jest zmuszony stoczyć wiele szermierczych pojedynków, niekiedy dosłownie ocierając się o śmierć. Politycy, masoni, słudzy, osobistości ważne i szanowane – w pewnym momencie trudno odgadnąć kto Riziera wspiera, a kto knuje przeciwko niemu. Apetyt na dobrą opowieść rośnie zatem, a Battistelli trzyma poziom do samego końca.

Sposób w jaki autor posłużył się schematami, a także kunszt pisarski, a co za tym idzie doskonała znajomość opisywanych miejsc, trzeźwość umysłu w podejściu do kreacji wiarygodnych scen i bohaterów, zasługują na szczególną uwagę. Wpleciony między akapity charakterystyczny humor tylko dodaje animuszu całej opowieści.

Riziero nie da się nie lubić. Uwielbia wino, przygody, nie stroni również od przypochlebiania się pięknym kobietom. Podczas swej podróży oczarowuje wiele z nich i chyba każda oddaje mu się z bardziej niż ogromną rozkoszą, niekiedy w miejscach doprawdy nietypowych. Styl, w jakim Battistelli opisuje zwyczaje mieszkańców osiemnastowiecznej Italii, czy też w jakim serwuje czytelnikowi emocjonujące zwroty akcji, może się podobać. Także wątki rodem z powieści spod znaku płaszcza i szpady nie powinny ujść uwadze czytelnika, gdyż mogą się kojarzyć z najwyśmienitszymi tytułami z tejże konwencji.

Na niewielu ponad dwustu stronach autor zawarł opowieść nie tylko lekką, łatwą i przyjemną, ale i porządnie skonstruowaną i zwartą fabularnie, udowadniając, że jest autorem doskonale czującym się w tworzeniu prozy. „Konklawe” to pierwszy tom cyklu „Przygody kawalera Riziera”. To optymistyczne wieści. Czekam zatem na tom drugi.

12.9.10

O "TY" PAWŁA JAKUBOWSKIEGO DLA ZBRODNI W BIBLIOTECE

Przeczytałem niedawno doprawdy wyśmienitą polską powieść grozy surrealistycznej. Tytuł jej brzmi TY, a popełnił ją Paweł Jakubowski. Napisałem o niej kilka zdań, które możecie przeczytać TU...

19.8.10

O "ANIELE ŚMIERCI" ALEXA SCARROWA W ZBRODNI W BIBLIOTECE

""Anioł śmierci" to pierwsza książka Alexa Scarrowa, z jaką się zapoznałem. Nigdy wcześniej nie słyszałem o jego prozie i cieszę się, że jednak trafiłem na wspomnianą pozycję. Bo jest naprawdę całkiem niezła.

Reklamowany jako błyskotliwy thriller z elementami kryminału, Anioł śmierci rzeczywiście wiele ma wspólnego z tymi konwencjami. Aczkolwiek nie brakuje mu również dreszczyku rodem z powieści grozy, choć ten ulatnia się stosunkowo szybko. Może to i lepiej, bo mieszanka nazbyt wybuchowa czasami bardziej irytuje, niż satysfakcjonuje.

Fabuła książki początkowo nie rysuje się nazbyt skomplikowanie. Pewien młody dokumentalista, Julian Cooke, kręcący swój pierwszy poważny film, natrafia na szczątki starego drewnianego wozu w górach Sierra Nevada w Kalifornii. Podejrzewa, że to odkrycie otworzy mu drzwi do sławy. Wraz ze swoją asystentką Rose postanawiają rozpocząć badania. Te jednak przez pewien czas stoją pod znakiem zapytania, gdyż to zarząd parków ma słowo decydujące o tym, czy i kiedy będzie można ruszyć do akcji. Na szczęście nasi bohaterowie dogadują się z miejscową znajomą, która obiecuje im dwa tygodnie swobody, bez zgłaszania sprawy do zarządu.

Rozpoczyna się wyścig z czasem. Julian i Rose muszą zdobyć jak najwięcej informacji o tym, do kogo należał odnaleziony przez nich wóz. Podejrzewają, że sprawa ma wiele wspólnego z tak zwaną wyprawą Prestona, taborem osadników, którzy niespodziewanie zaginęli w roku 1856."

Reszta
TUTAJ

15.7.10

O "STRACONYCH" JACKA KETCHUMA

„Jaka jest najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłeś?”

To pytanie zada jeden z bohaterów „Straconych” drugiemu bohaterowi. Odpowiedź, jaka początkowo padnie będzie kłamstwem... Lecz niedługo potem uświadczycie całej prawdy. Uderzy w Was z siłą pędzącej lokomotywy.

Prozę Jacka Ketchuma charakteryzuje sugestywność opisywanych wydarzeń. Nigdy nie zapomnę przemożnego uczucia bezradności w trakcie lektury „Dziewczyny z sąsiedztwa”. Miałem ochotę podrzeć książkę na kawałeczki.

Ketchum to mistrz w rozbudzaniu uczuć. W „Straconych” znowu pokazuje klasę. Swoją opowieść rozpoczyna mocnym uderzeniem. Ray Pye w brutalny sposób pozbawia życia dwie dziewczyny. Towarzyszący mu przyjaciele – Jennifer oraz Tim – zmuszeni są brać udział w wydarzeniach, które wcześniej mogli tylko oglądać w najostrzejszych thrillerach. Te wydarzenia pozostaną w nich. Złamią ich.

Ray Pye za swoje czyny nigdy nie został skazany. Detektyw Schilling jest z tego powodu mocno niepocieszony. Sądzi, że przeczucia go nie mylą, że chłopak jest winny, lecz to dowody liczą się w sprawie. Zdeterminowany zaczyna ich szukać.

Tymczasem Ray, Jennifer i Tim nadal się przyjaźnią. Lubią popić, zapalić trawę, walnąć w żyłę. Jennifer jest zakochana w Ray’u, ten natomiast to istny Casanova. Zdaje się, że ma powodzenie u dziewczyn, sporo z nimi flirtuje, a i nie stroni od dymania. Jest lekko nadpobudliwy, ale i mocno zakompleksiony. Zdrada to dla niego chleb powszedni, ale i Tim nie jest święty, skoro podprowadza najlepszemu kumplowi haszysz. Relacje trójki naszych bohaterów są z pozoru dobre, ale wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć.

I ten koniec jest mocno odjechany...

Póki co trwa śledztwo, które zdaje się zmierzać ku martwemu punktowi, a życie niewielkiego miasteczka pod Nowym Jorkiem jest niemalże nudne. Większość mieszkańców sprawia wrażenie starych poczciwców, lubiących napić się piwa i obejrzeć mecz. Młodzi szukają lepszych posad, umawiają się na randki, przygotowują do wyjazdów na uczelnie. Ot, życie. Ale nad zwyczajnym miasteczkiem wisi nadzwyczaj ciemna chmura w postaci Raya Pye’a. Z tej chmury nie spadnie jednak deszcz, a krew.

Ketchum zna się na ludzkich słabostkach, wie, gdzie uderzyć, aby zabolało. Jego prozę trzeba czuć, potrafić się z nią utożsamić - tu wielki plus należy się również tłumaczowi, który gładko przekazał nam magię słów pisarza. „Straceni” to od strony psychologicznej miażdżąca powieść, thriller, który na długo pozostaje w pamięci. Przemyślany, sprytny, brutalny, wiarygodny. Jeden z lepszych z jakimi miałem do czynienia. W tej książce każdy bohater posługuje się innym językiem, każde wydarzenie zwiastuje nadciągający dramat, jednocześnie przypomina nam o tym, co już się stało. Nie jest to historia dla każdego.

Czytelnik jest uwięziony między ścianami, w które Ketchum powbijał ostre pale, z zamiarem wywołania zabójczego odlotu.

Tymi ścianami są „Straceni”.

24.6.10

O "INTRUZACH" MICHAELA MARSHALLA W NOWEJ GRABIE

INTRUZI to pierwszy z czterech wydanych w naszym kraju thrillerów Michaela Marshalla, jaki przeczytałem. Być może gdyby nie słowa na okładce, że niby Stephen King uwielbia jego prozę oraz że porównuje się go do takich mistrzów gatunku jak Dean Koontz czy Robert Ludlum, zapoznałbym się z twórczością Marshalla znacznie wcześniej. Żaden z niego King czy Koontz, aczkolwiek pisać potrafi całkiem nieźle...

Reszta w 23 numerze
Grabarza Polskiego

24.5.10

O "BESTII" GUY'A N. SMITHA

Guy N. Smith. Chyba nie ma horrormaniaka, który nie przeczytałbym choć jednej książki tego autora. Swego czasu, gdy istniało jeszcze wydawnictwo Phantom Press, zaczytywałem się w horrorach klasy B i C, gdyż dostarczały najlepszej rozrywki. Większość pisarzy z „tamtych” lat już nie publikuje, bo albo nie żyją, albo skończyli karierę pisarską popełniwszy jedną, albo dwie książki. Nieliczni piszą dalej. Tak jak Guy N. Smith. W Phantom Pressie opublikował kilkadziesiąt pozycji, i mimo, iż od lat jego obecność na polskim rynku jest zerowa, to o jego tworach wciąż się dyskutuje; nadal wzbudzają zainteresowanie.

Smith nigdy nie należał do moich ulubionych autorów. Być może dlatego, że co druga jego książka to dno kompletne. „Fobia”, „Neofita”, „Czarna Fedora”, „Węże”... O co w tych książkach chodziło? Nie mam zielonego pojęcia nie dlatego, że nie pamiętam fabuły, lecz dlatego, że nie chodziło w nich o nic. Jakież było moje zaszokowanie, kiedy po lekturze którejś z rzędu pozycji Smitha natrafiłem na „Szatański pierwiosnek”, a później „Pana ciemności”. Pomyślałem sobie, że facet jednak wie jak napisać w miarę interesujący horror.

Nie tak dawno temu wpadłem do antykwariatu i z braku lepszych pozycji na półce sięgnąłem po „Bestię”. Nigdy wcześniej nie słyszałem nawet o tej powieści Guy’a. Napisana w 1975 roku liczy aż 155 stron, zaś wielkość czcionki to prawdopodobnie ukłon w stronę gorzej widzących, a więc i moją. Pal licho szczegóły. Zabrałem się za lekturę.

Smith z miejsca wypala z grubej rury. Serwuje nam grupkę archeologów pod kierownictwem podstarzałego, lekko kopniętego doktora Lowsona, która zajeżdża do niewielkiej wioski otoczonej bagnami, by odnaleźć tajemniczy skarb króla Jana. Już pierwszego dnia poszukiwań badacze natrafiają na dziwne znalezisko w postaci kilku kawałków metalu, cuchnących tak bardzo, że cała trójka zaczyna wymiotować dalej niż sięga ich wzrok. Nie mija wiele czasu i pojawia się tytułowa bestia. Błotna Bestia, jak nazywają ją bohaterowie, gdy monstrum rozpoczyna rzeź. Stwór, choć powolny, rzekłbym flegmatyczny, inicjuje szarżę, trawiąc mieszkańców wioski. Jak się w pewnym momencie okazuje, pewnej nocy na pobliskie bagna spadł meteoryt. Grupka naszych bohaterów snuje domysły, że potwór przybył z kosmosu i postanawia się z nim rozprawić.

W powieści nie brakuje typowych dla Smitha opisów jatek i scen seksu (tu warto zwrócić uwagę na sposób w jaki jeden z naszych bohaterów rozdziewicza swoją nową dziewczynę), nie brakuje też sztucznych do bólu dialogów i nieścisłości. Sam klimat powieści jest jednak specyficzny i ośmielę się napisać, że tym razem autor postanowił zadbać pod tym kątem o czytelników. Podczas lektury „Bestii” można się dobrze bawić, choć zabawa nie trwa długo, gdyż po paru trupach, a następnie kilku próbach pokonania Błotnej Bestii historia dobiega końca w sposób co najmniej infantylny.

Nazwałbym tę książkę „oldskulowym” horrorem klasy C i tylko patrząc takimi kategoriami wystawiam jej ocenę dostateczną. Minusy to prosta jak drut fabuła, nieco przygłupawi bohaterowie (przez to zabawni, co z drugiej strony można pisać na plus), ale to u tego pisarza norma, i to nieszczęsne zakończenie. Plus za atmosferę powieści i kreację tytułowej bestii – powolnego potwora o spiczastym pysku, pokrytego cuchnącym śluzem i żywiącego się skończonymi idiotami.

Smith ma w swoim dorobku powieści i nieco lepsze i znacznie gorsze. „Bestia” może spodobać się tej grupie czytelników, która swego czasu zajadała się „Krabami”, bo oparta na niemal identycznym schemacie.

28.4.10

O "CZY POWIEMY PANI PREZYDENT?" JEFFREY'A ARCHERA

Ledwie ukończyłem „Ścieżki chwały” (recka na Maddogowie) i z marszu zabrałem się za „Czy powiemy pani prezydent?” niejakiego Jeffrey’a Archera. O wrażeniach po lekturze słów dosłownie kilka...

Florentyna Kane zostaje prezydentem. Jak każda głowa państwa, ma swoich przyjaciół i wrogów. Ci ostatni jednak nie tylko życzą jej śmierci, ale i planują zamach. Konkurencja nie śpi, jak to się mawia. Jeden z amerykańskich senatorów pilnuje swych interesów. Gdy dowiaduje się, że prezydent zamierza pozbawić Amerykanów prawa do posiadania broni, nie może postąpić inaczej, jak tylko „powstrzymać” Kane...

Zaledwie jedna osoba wie o planowanym zamachu, w dodatku zostaje szybko zamordowana. Wcześniej jednak przekazała informacje pewnemu agentowi FBI. Ten ma za zadanie dowiedzieć się kto dokładnie zamierza odebrać życie głowie państwa. Jest jasne kiedy i gdzie ma dojść do tragedii, ale aby nie płoszyć zamachowców, prowadzący śledztwo podejmują decyzję o nie informowaniu o niczym pani prezydent. Jej wystąpienie, podczas którego zabójcy mają wykonać swoją robotę, rozpoczyna się planowo.

Powieść jest bardzo dobra, ale u Archera to żadna nowość. Papierowy bohater, syfna intryga, sztuczne dialogi, mdłe zakończenie... Nie, nie. Nie uświadczycie tego zarówno w tej, jak i innych książkach Brytyjczyka.

Gdyby facet pisał horrory, byłby moim guru.

Co ja plotę. Tak czy siak jest moim guru. „Czy powiemy...” to kawał solidnego czytadła. Lubię ten charakterystyczny archerowski humor, a także sposób w jaki facet kreuje bohaterów. Oni są tak realni, że mogliby wyskoczyć z kart powieści.

Naprawdę polecam. Tę i inne pozycje Archera.

7.4.10

O "ARMAGEDONIE" GRAHAMA MASTERTONA NA OFICJALNYM BLOGU PISARZA

„Manitou”. Rety, jak sobie przypomnę Harry'ego Erskine'a sprzed trzydziestu lat, mam ochotę cofnąć się w czasie, wejść do księgarni, kupić książkę z twarzą indiańskiego szamana na okładce, wrócić do domu i zanurzyć się w lekturze. Jeszcze raz, od nowa zakotwiczyć się w świecie Harry'ego, Śpiewającej Skały, Karen Tandy... Mógłbym długo wymieniać. Niemal każda postać występująca w „Manitou”, jak i również w „Zemście Manitou”, „Duchu zagłady” i „Krwi Manitou” żyje własnym, ciekawym życiem. Każda część cyklu prezentuje wysoki poziom i nic dziwnego, że to właśnie seria o ekscentrycznym jasnowidzu stała się znakiem rozpoznawczym twórczości Grahama Mastertona.

Wystarczy przypomnieć sobie młodą kobietę z powiększającym się guzem na karku, kryjącym odradzającego się rozwścieczonego indiańskiego szamana Misqumacusa, aby uśmiechnąć się z sentymentem. Wystarczy przywołać scenę powrotu najpotworniejszych indiańskich demonów w „Zemście Manitou” i „Duchu zagłady” oraz rumuńskie wampiry strigoi z „Krwi Manitou”, aby utwierdzić się w przekonaniu, że popularny cykl powieściowy Brytyjczyka to jeden z ciekawszych cykli grozy jakie kiedykolwiek napisano.

Przez długi czad słyszeliśmy, że „Armagedon” będzie ostatnią częścią serii. Masterton żartobliwie powtarzał, że Harry Erskine ma już swoje lata i najwyższa pora pozwolić mu przejść na „emeryturę”, dać odpocząć od ciągłych walk z Misquanacusem. Cóż, wreszcie doczekaliśmy się tej ostatniej części.

Reszta
TUTAJ

17.3.10

O "RENEGATACH" SHAUNA HUTSONA

Mawia się, że cechą charakterystyczną prozy Shauna Hutsona jest jej brutalność. I w sumie racja. Wystarczy przeczytać „Ślimaki” albo „Dzień śmierci”, aby uświadomić sobie, że pisarz gustuje w epatowaniu przemocą i bardzo krwawymi scenami. Osobiście nie mam nic przeciwko takiej pisaninie, ba, bardzo lubię twórczość Hutsona i żałuję, że z chwilą zniknięcia z rynku wydawnictwa Phantom Press, książki tego brytyjskiego twórcy przestały być w Polsce wydawane. Wiele krytycznych słów można kierować pod adresem wspomnianego wydawnictwa - mieli słabych tłumaczy, kiepściutkich redaktorów i publikowali Guy'a N. Smitha - nie zmienia to jednak faktu, że właśnie dzięki Phantom Press mogliśmy i nadal możemy (zasługa to antykwariatów) relaksować się przy lekturze niezłych horrorów klasy B pisarzy takich jak Harry Adam Knight, czy Shaun Hutson właśnie.

„Renegatów” kupiłem bodajże za pięć zeta w moim ulubionym antykwariacie na Matejki w Poznaniu, a zanim zabrałem się za czytanie tej książki upłynął rok, albo i więcej. Pewnie gdyby nie fakt, że już wcześniej polubiłem Hutsona, po wspomniany tytuł w ogóle bym nie sięgnął. Opis krótki i mało zachęcający (będący jednym wielkim spojlerem!!!), zaś okładka jakaś taka nijaka, raczej odpychająca.

A sama książka? Też nienajlepsza.

Północna Irlandia. W zamachu giną wpływowi politycy, zostaje zamordowany ksiądz i podłożona bomba na stadionie. We wszystkie wydarzenia zamieszany jest pewien milioner, który dorobił się na handlu bronią. Jak się okazuje, współpracuje on z IRĄ. Na poszukiwania kryminalistów wybiera się antyterrorysta Sean Doyle, facet, którego życie nie oszczędzało, a który kocha rozkwaszać mózgi czarnym charakterom, samemu unikając śmierci niczym bohater najtańszego kryminału. Sam w sobie jest jednak postacią nakreśloną z rozmachem. To typ skurwysyna, kolesia, którego nie chcielibyście spotkać w ciemnej uliczce, ale po bliższym poznaniu, dającym się lubić. Gość posiada dwie twarze, a ich podkreślenie udało się Hutsonowi całkiem znośnie. Szkoda, że w innych kwestiach autor niezbyt się popisał.

Przez długi czas zastanawiałem się do czego zmierza fabuła. Domyślałem się, że do wielkiego BUM!!!, ale po drodze oczekiwałem czegoś więcej niż tysięcy wystrzelonych kul, dziesiątek rozkwaszonych gęb, setek połamanych kości i kilku eksplozji. Wielowątkowość tej powieści to kolejny jej minus. Jeszcze innym jest mała objętość. Co ma jedno wspólnego z drugim? A to, że ta wielowątkowość mogłaby być atutem, gdyby czytelnik miał szansę poznać bohaterów, zakamuflować się w ich chorych umysłach. Niestety, zamiast tego, zmuszony jest przechodzić z miejsca na miejsce w tempie błyskawicznym, nie mając możliwości poznania ani jednej postaci tak, jakby tego oczekiwał. Bohaterowie w „Renegatach” są jak marionetki, cała masa marionetek, sterowanych przez zmęczonego albo zagubionego marionetkarza.

Trzy czwarte książki to, nie da się ukryć, tani thriller.

A zakończenie jest jak wisienka na torcie. Stara wisienka na zjełczałym torcie.

Jeden wątek nadnaturalny horroru nie czyni, wbrew temu, co obiecuje wydawca. W dodatku ten wielki spojler na okładce i w opisie książki... Ręce odpadają. Po przeczytaniu „Renegatów” z lekkim niesmakiem odłożyłem rzecz na półkę z pozycjami średnimi, żeby nie powiedzieć kiepskimi.

Po Hutsonie oczekiwałem więcej. Dużo więcej. No ale cóż, nawet najlepszym zdarzają się kiksy.

5.3.10

O "DZIEWCZYNIE Z SĄSIEDZTWA" JACKA KETCHUMA

Do końca nie wiem, co sprawiło, że sięgnąłem po „Dziewczynę z sąsiedztwa”. Czy stało się tak za sprawą wszechobecnych głosów, twierdzących, że to jedna z bardziej wstrząsających powieści wszechczasów, czy głos Stephena Kinga, potwierdzającego tę opinię. A może po prostu chciałem poznać twórczość znanego za granicą, ale debiutującego w kraju nad Wisłą, autora, którego twórczość powszechnie uznaje się za kontrowersyjną.

Pierwsza połowa książki to nadzwyczaj spokojna narracja, z której bije jowialność, niewinność i beztroska. Mało brakowało, a rzecz zaczęłaby się wydawać nudna jak flaki z olejem. I wtedy nastąpił pierwszy cios. Nie w jaja, nie w twarz. Ani w splot słoneczny. To był cios prosto w serce.

Nie ma chyba na świecie nikogo, kto nie kojarzyłby sprawy Josefa Fritzla, który przez 24 lata więził i gwałcił rodzoną córkę w wybudowanym w piwnicy swojego domu dźwiękoszczelnym bunkrze. Słyszałem o takich, którzy wyłączali telewizor, gdy się o tym mówiło. Nie byli w stanie wyobrazić sobie męk, przez jakie zmuszona była przechodzić katowana psychicznie i fizycznie kobieta. Nawet nie próbowali. Powieść Jacka Ketchuma ukazuje identyczny rodzaj zła, okrucieństwo tego samego stopnia. Jego bohater to również dziewczyna, tylko młodsza od Elizabeth Fritzl, czternastoletnia. Co czyni jej historię bardziej wstrząsającą to fakt, że została ona opisana w drobnych szczegółach, które my, czytelnicy, musimy poznać.

Narratorem jest kilkunastoletni chłopak, który często odwiedza swoich kolegów z sąsiedztwa. Dom, którego progi przekracza, został opanowany przez Szaleństwo. Niepoczytalna matka, jej dzieci i ich młodociani znajomi. Są jak krwiożerczy, pozbawiony ludzkich odruchów organizm, łaknący cierpienia. Ofiara wraz z młodszą siostrą zostały adoptowane, ale nie mają żądnych praw, nawet tak podstawowych jak prawo do skorzystania z łazienki. Mogą za to do woli znosić upokorzenia i ból tak straszliwy, że człowiek traci zmysły.

Czytając „Dziewczynę z sąsiedztwa” zastanawiałem się, kiedy puszczą mi nerwy, kiedy zacznę wydzierać stronice książki i rzucać nimi o ścianę. Bezradność podczas lektury była dojmująca. Podobnie jak wściekłość na głównego bohatera-narratora, którego intensywność pragnień przez długi czas przyćmiewała zdolność do racjonalnego myślenia.

Ta pozycja uświadamia nam jak bardzo potrafimy być słabi i beznadziejni. I ślepi. Z jej wnętrza bije chłód, aż momentami nie chce się czytać. Małe senne miasteczko, w którym toczy się akcja, odbieramy jako dno piekła, z którego wyrwać nas może jedynie Bóg. Ketchum nie patyczkuje się z nami. Mówi wyraźnie, przypomina to, czego nie chcemy pamiętać, wykręca nam ręce, karci, a potem porzuca na pastwę refleksji.

Rzeczywiście, mocna to książka, ukazująca człowieka takim, jakim - co najbardziej trudne do zaakceptowania - często bywa: beznamiętnym, okrutnym, pozbawionym uczuć. Gatunek jaki został jej przypisany to horror i nic w tym dziwnego – Ketchum autentycznie przeraża. Nie rogatymi diabłami, poltergeistami czy wampirami, lecz z pozoru sympatycznym człowiekiem, któremu, być może, mówimy codziennie na ulicy „Cześć”.

17.2.10

O "SEKRECIE GENEZIS" TOMA KNOXA NA CARPE NOCTEM

Skończyłem niedawno czytać „Sekret Genezis” Toma Knoxa. Mocna, bardzo krwista rzecz o dziennikarzu, wysłanym do wschodniej Turcji, gdzie ma przygotować artykuł na temat z pozoru zwyczajnych wykopalisk. To, co się facetowi przytrafia naprawdę przeraża. I zniesmacza.

Jeden z lepszych thrillerów jakie ostatnio wpadły mi w ręce. Więcej na ten temat możecie przeczytać w mojej recenzji „Sekretu...” napisanej dla Carpe Noctem. Zachęcam.